Przyziemność

Anna Zawadzka

Późnym latem 2020 roku, w przerwie między lockdownami, berliński Gropius Bau otworzył wystawę Down to Earth[1]. Pracowałam na niej jako współwykonawczyni performansu This Situation Tino Sehgala, artysty i jednego z kuratorów.

Moja praca polegała na gadaniu. Uczestnictwie w luźnej, spontanicznej rozmowie na ogólnikowo sformułowane tematy: konsumpcji, pracy, ascezy, obfitości, ekologii, moralności oraz wizji przyszłości w kontekście przemian kapitalizmu i katastrofy klimatycznej. Wykonując specyficzne gesty i poruszając się po sali wystawienniczej w zrytualizowany sposób, toczyliśmy dyskusje w gronie uczestniczek/ów projektu. Mieliśmy za zadanie wciągać do rozmowy także gości wystawy.

Była to najlżejsza i najlepiej płatna praca, jaką miałam dotąd w Niemczech, najmilszy zespół, z jakim pracowałam, i najlepsza szefowa. Bo choć dzieło, w którym występowałam, sygnowane jest nazwiskiem mężczyzny, całą pracę nad nim wykonywała kobieta. Kobieta w roli „asystentki artysty”. To ona organizowała grafik 30-osobowej ekipy wykonawczej, uczyła wszystkich, na czym polegają ich zadania, odpowiadała na milion pytań – od kwestii merytorycznych po sprawy typu „gdzie tu można zrobić sobie herbatę” – sama brała udział w performansie, podliczała nasze godziny pracy i zarobki, a także dostarczała nam papiery do podpisania. A przy tym traktowała nas nieodmiennie po partnersku i z sympatią; nie kontrolowała nas ani nie pouczała, nie nadużywała swojej władzy. Asystentka praktycznie nie wychodziła z galerii. Obserwowała cały proces, uczyła się i uczyła nas na błędach, angażowała się. Jak coś poszło niewłaściwie – przegadywała to z nami; gdy ktoś ze zwiedzających zachował się wobec nas chamsko – stawała po naszej stronie. Organizowała nam imprezy integracyjne przed wystawą, w jej trakcie i po niej. Dbała o performans i dbała o jego wykonawczynie/ów. Była z nami cały czas. Artysta natomiast zaszczycił nas swoją obecnością dwukrotnie: raz podczas prób, a drugi raz podczas trwania wystawy. W sumie widziałam go ok. 20 minut. Jego dzieło w całości opiera się na spontanicznie wywoływanych, improwizowanych dyskusjach, w które wciągani są zwiedzający. Wydawało mi się, że skoro twórca liczy na uczestnictwo gości i to na ich udziale polega jego piece of art, to będzie zainteresowany, co mają oni do powiedzenia. Nie był.

Do udziału w tym przedsięwzięciu zaproszono moją przyjaciółkę, akademiczkę, ekspertkę w dziedzinie animal studies. Przyjaciółka musiała odwołać swój udział i zapytała, czy chcę ją zastąpić. Doskonale płacili, praca była pod dachem, i w niepełnym wymiarze godzin, a do tego nie wymagano dobrej znajomości języka niemieckiego. To mi całkowicie wystarczało. Byłam już wówczas po kilku latach pracy w miejskim ogrodnictwie, w Polsce i w Niemczech. Kiedy dowiedziałam się o koncepcji wystawy Down to Earth – stawiającej pytania o to, w jaki sposób zmieniać tryb pracy i konsumpcji, style życia i tożsamości, aby przeciwdziałać dewastacji planety – myślałam, że będę miała okazję przedyskutować kwestie, które nurtują mnie od czasu, gdy zaczęłam zdobywać ogrodniczy fach. Zgodnie z pomysłem wystawa miała być ekologicznie przygotowana i podejmować temat ekologii. Tymczasem pielęgnacja miejskiej zieleni, zwykle postrzegana jako ekologiczny koncept, ma niewiele wspólnego z ekologią, za to dużo z estetycznymi wyobrażeniami o „zielonym mieście” i potrzebą zapewniania – czy to miastu, czy to klientom prywatnym – zielonej fasady. Termin „fasada” stosuję tu dosłownie (płoty, żywopłoty, ogrody przy budynkach firm itd.) i w przenośni (jako oznakę bycia „eko”, green friendly i troski o planetę).

Wszedłszy do pałacowych, pełnych ornamentów i złoceń wnętrz galerii Gropius Bau oniemiałam. Trwały prace przygotowawcze do wystawy. Podłoga jednej z przeszklonych sal wystawowych pokryta była ziemią. Taką ziemią, jaką na co dzień chodziłam umorusana. W przedsionku stała taczka. Taka taczka, jakiej używałam codziennie w pracy. W korytarzu stały łopaty. Takie, od jakich miałam bąble na dłoniach. Pomyślałam, że ta wystawa będzie stanowić odpowiedź na moje utyskiwania – na brak widzialności, reprezentacji i uznania dla pracy fizycznej, na nieprzekraczalność klasowej wyobraźni i klasowych obiegów miasta.

Down to Earth, Gropius Bau, Berlin, sierpień 2020.

Źle myślałam. Okazało się, że nadawałam się do tej pracy, bo jestem socjolożką, bo trochę znam współczesny inteligencki żargon, bo jestem wygadana. Ale i tak mało pasowałam do zespołu. Tworzyli go akademicy, intelektualiści i artyści. Lewicowi bądź liberalni, niemniej nadal akademicy, intelektualiści i artyści. Niemal wszyscy z Ameryki Północnej i Europy Zachodniej. W wielkim mieście, które funkcjonuje sprawnie wyłącznie dzięki nisko płatnej pracy setek tysięcy imigrantek/ów z Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki, nie było z nami nikogo z tych części świata. Z Europy Wschodniej byłam tylko ja. Moje kapitały, moje obycie, moja erudycja i mój język odstawały od reszty. Do tego stopnia, że musiałam to nazwać i o tym powiedzieć, bo inaczej codziennie zjadałby mnie wstyd. I tak mnie zjadał.

Na dziedzińcu galerii stały długie stoły wyłożone ziemią i zasiane łąką – do uczty, która miała się tam odbyć pod koniec trwania wystawy. Kiedy podczas prób ćwiczyliśmy obok tych stołów, w ładnych miejskich ubraniach, wygodnych i przewiewnych, bo było 30 stopni i pełnia lata, obok nas krzątały się dwie grupy, z których pierwsza w ogóle nie zauważała drugiej. Pierwszą byli artyści, kuratorzy i techniczni pracownicy galerii, wszyscy przygotowujący wystawę, bo zbliżało się otwarcie. Drugą byli ogrodnicy z firmy podwykonawczej, która zajmuje się małym parkiem na terenie galerii, a także, dodatkowo, została wrobiona w obsługę tych stołów, bo trzeba je było podlewać „aż dwa razy dziennie”. Ogrodnicy byli w ciężkich butach i ubraniach roboczych. Nikt nie zaprosił ich na tę wystawę. Ani na jej otwarcie, ani na finisaż, który ma się odbyć przy stołach, które podlewają. Ich pracy nadal nikt tu nie dostrzegł. Ich nikt tu nie zobaczył.

Down to Earth, Gropius Bau, Berlin, sierpień 2020.

Pełna poczucia winy wobec tych w ciężkich butach, pełna poczucia obcości wobec tych w fajnych koszulach, byłam tam i ja. Ani pierwszy, ani trzeci świat. Ani elity, ani klasa robotnicza. Pomiędzy światami, w żadnym z nich niebędąca. Rozmawiałam o tym później z moim niemieckim znajomym. Towarzyszem z lewicowej organizacji, ale – znowu – człowiekiem z dobrze płatną pracą umysłową i wysokimi kapitałami. Opowiedziałam mu, jak wstrząsające wrażenie zrobił na mnie widok narzędzi mojego wyzysku w galeryjnej przestrzeni. „No tak, to jest właśnie proces socjologicznej obiektywizacji, zazwyczaj trudny” – skomentował. Dla niego obiektywizacją jest galeria. Dla mnie jest odwrotnie: to pole do przekopania jest obiektywizacją galerii. Na tym polu ziemia, łopata i taczka nie są cytatem. Rzesze ludzi zarabiają grosze, pocąc się na nim i niszcząc sobie zdrowie. Na przechadzkach koło ziemi, łopaty i taczki w chłodnej, czystej, przestronnej, cichej galerii i mądrzeniu się na lepiej lub gorzej znane mi tematy, zarobiłam cztery razy więcej, niż zarabiałam, używając tych przedmiotów zgodnie z przeznaczeniem. Jak zwykle rzeczywistość klasowych podziałów przerosła nawet najśmielsze swoje karykatury.

Z ludźmi było podobnie jak z przedmiotami. Na przykład pewien biorący udział w performansie Niemiec doskonałą angielszczyzną rzekł z pretensją podczas próby: „Nie chcę mówić po angielsku przez cztery godziny, to jest wykańczające, dyskutować cały czas w nieswoim języku, ja już po godzinie mam już dość!”. Odpowiedziałam, że ja mówię non stop w nieswoim języku, bo ani angielski, ani niemiecki to nie jest mój pierwszy język. Nie skomentował. Potem, podczas jednej z performansowych dyskusji, wypłynął temat zasiłku dla bezrobotnych. Opowiadałam o imigranckich doświadczeniach z agencjami pracy. Jedna z uczestniczek podsumowała: „Dzisiaj dyskusja była bardzo ciężka, jestem wykończona!”. Ja natomiast byłam wściekła – wściekła za to podsumowanie. To nie dyskusja jest ciężka, to życie. Życie poza galerią. Dla mnie to była pierwsza w tym gronie normalna rozmowa – o tym, co się przydarza ludziom, zamiast abstrakcyjnych rozważań skądinąd przesympatycznych i bardzo serdecznych young scholars. Rozmowa ta została jednak natychmiast spatologizowana jako „za ciężka”.

Moi koledzy i koleżanki z firm ogrodniczych również okazali się „za ciężcy”, żeby zawlec swe zmęczone ciała przed oblicze sztuki. Nikt z nich nie odwiedził wystawy, na której mogliby zobaczyć kawałek swojej robotniczej codzienności pod wysokimi sufitami zdobionymi złotem. Może dlatego, że bilet na tę wystawę kosztował tyle, ile dwie godziny ich pracy. A może dlatego, że nawet o tej wystawie nie słyszeli. Dość powiedzieć, że ich przyziemność – ziemia za paznokciami, ziemia na butach, ziemia w płucach, tony przewalonej ziemi w mięśniach – nie licowała z przyziemnością w rozumieniu artystów: zrobieniem kałuży w sali wystawienniczej i obserwowaniem, jak wysycha. W zakresie i codzienności, i wyobraźni, klasowa granica nie została przekroczona. Artyści, kuratorzy, akademicy i intelektualiści zrobili coś bardzo ekologicznego, bo przygotowali wystawę bez prądu oraz wszyscy przyjechali na nią pociągami, a więc zrezygnowali z podróży samolotem. Wystawę dla samych siebie.

Down to Earth, Gropius Bau, Berlin, sierpień 2020.

Wielkomiejska klasa średnia bogatego zachodniego kraju, jakim są Niemcy – patrzyłam na nich jak w obrazek, kiedy bywałam na Zachodzie jako uboga krewna z Ost Europa. Tacy otwarci, kolorowi, piękni. Siedzący w ogródkach kawiarni, w których panuje uroczy bałagan, kwiaty rosną, jak chcą, i nikt nie usuwa „chwastów”. Prowadzący swoje dzieci do przedszkoli imienia Rosy Park i Anny Frank. Czytający lewicowe gazety i chodzący na feministyczne demonstracje. Fajnie się ubierający w fajnych sklepikach z rzeczami handmade. Ozdabiający swoje kamienice antyrasistowskimi graffiti.

A potem z wolna zaczęłam orientować się w topografii wielkiego niemieckiego miasta. W mieście pełnym imigrantek i uchodźców ci uroczy ludzie to biali Niemcy. Wyjątki stanowią expaci z Europy Zachodniej, Ameryki Północnej i Australii. Segregację rasową odzwierciedla segregacja przestrzenna. Jako studentki/ci (bo mają czas i pieniądze, aby niespiesznie i korzystając z uroków młodości, zdobywać wyższe wykształcenie) ci uroczy ludzie zamieszkują „szalone” dzielnice imigranckie, bo tam jest fancy, cool i można zjeść hummus od „prawdziwego Araba”. Potem jednak dorastają, zdobywają pierwszą poważną pracę i zakładają rodziny. Wówczas udają się do statecznych kamienic w dzielnicach o starannie zaprojektowanym bałaganie, gdzie jedna kawa kosztuje tyle, co w dzielnicy emigranckiej kawa, obiad i deser, a miesięczny czynsz wynosi tyle, ile całe dwie pensje niewidzialnego żołnierza niewidzialnej armii ludzi – tych, co robią te hummusy, myją po tych kawach filiżanki i sprzątają klatki schodowe tych statecznych kamienic. Tymczasem nasi milusińscy spacerują pięknymi alejkami z pięknymi dziećmi w pięknych wózkach z pięknych sklepów. Odtąd swoją postępowość realizują, kupując smoothie z jarmużu wyhodowanego „lokalnie” i głosując w wyborach na Zielonych, bo Die Linke jest dla nich „zbyt radykalna”. Oni tymczasem bardzo boją się radykalizmu, bo niejasno wyczuwają w nim zagrożenie dla swoich gniazd i gniazdek. Wszystko, co podważa ich obraz własny jako światłych i świadomych Gute Menschen, określają dyskredytującym mianem „populizmu”. Są popłuczynami po ‘68: ich „zieloność” sprowadza się do konsumpcyjnych i estetycznych wyborów oraz doskonałej opinii na własny temat.

Wiem, że powiecie, że jestem złośliwa. Że skąd we mnie tyle goryczy. Stąd, że to wszystko nie są wytwory mojej fantazji, tylko najbardziej realne sceny z życia codziennego, kwoty na naszych kontach, liczba mieszkańców na metr kwadratowy w naszych dzielnicach i szczury lub ich brak w naszych śmietnikach. Wyzysk nie dzieje się obok ani gdzieś indziej. Ekologia, jaką uprawiają ci uroczy ludzie, polega na tym, że rękami pracowników firm podwykonawczych sadzą oni rozmaryn w przydomowych ogrodach zgentryfikowanych dzielnic, w których to ogrodach ćwiczą następnie jogę, popijają Yerba Mate i planują kolejne wystawy. Nie tylko są ślepi na wyzysk ludzi, lecz także z wyzysku tego korzystają. Ktoś im te łąki podlewa, ktoś im te rozmaryny sadzi, ktoś reperuje tory kolejowe, by mogli jechać na ekowakacje, ktoś zmywa podłogę po kałuży rozlanej w galerii.

Nie chcę być źle zrozumiana: nie mam nic przeciwko kałuży w galerii i Yerba Mate w ogrodzie. Dopóki jednak nie widać pracy, która stoi za zielonym stylem życia, dumą z bycia „eko” i głosem oddanym w wyborach na Zielonych, dopóki klasa średnia nie zacznie za tę pracę płacić nie gorzej niż samym sobie, dopóty ich łąki, rozmaryny i kałuże będą tylko fasadą. Fasadą zasłaniającą kapitały, przywileje i aroganckie przekonanie, że jest się lepszym od tych, co nie segregują śmieci i nie chodzą na wystawy o zrównoważonym rozwoju.

„Ta fasada jest kłamstwem” – takim podpisem opatrzone są cztery wielkoformatowe fotografie Tytusa Szabelskiego, który przygotował wystawę o pracy w podpoznańskich centrach logistycznych Amazona[2]. Fotografie przedstawiają „kontemplacyjny krajobraz ruchliwości”[3]: statyczne i majestatyczne hale bez okien, umieszczone na płaskim terenie wokół pól i łąk. Nie widać na nich żadnego ruchu. W halach tymczasem wre praca tysięcy ludzi, w gównianych warunkach, za gówniane pieniądze. Na wystawie AMZN z głośnika leci opowieść jednej z osób tam zatrudnionych. Nic nadzwyczajnego: pracownicy fizycznej codzienne strategie przetrwania w warunkach kapitalizmu. Żadnych fajerwerków, żadnych autonarracji artysty. To bardzo mała wystawa z bardzo niskim budżetem, w galerii z bezpłatnym wstępem. A wystarczyło, żeby pokazać, że ta fasada jest kłamstwem. Jeśli ekologia ma być kolejną taką fasadą, to ja mam gdzieś taką ekologię.

AMZN, Galeria Arsenał, Poznań, luty 2021.

[1] https://www.berlinerfestspiele.de/en/berliner-festspiele/programm/bfs-gesamtprogramm/programmdetail_309206.html

[2] http://www.arsenal.art.pl/wystawy/amzn/

https://www.tytusszabelski.com/AMZN

[3] Heike Geißler. Praca sezonowa. Miesiąc w Amazonie. Tłum. Elżbieta Kalinowska. Czarne 2020, s.33.

Wszystkie zdjęcia: Anna Zawadzka

Leave a Reply

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s